thumb image

Edukacyjna manipulacja

Kategoria: Artykuły różne

Miałam okazję wysłuchać wiele debat o obniżeniu progu szkolnego. Starałam się zrozumieć stanowisko zarówno jednej jak i drugiej strony. Jednak ostatnie spoty reklamowe dotyczące edukacji bardo mocno mnie poruszyły. Najłatwiej bowiem poruszać i manipulować ludźmi, kiedy głównym bohaterem obrazu jest małe dziecko. Staram się zrozumieć zarówno rodziców, którzy przyzwyczaili się do przedszkolnych pieleszy, w których można przyprowadzić dziecko na 6 rano i odebrać o godzinie 17.00 jak i reformatorów, którzy widzą chęć poznawania nowego przez małe dzieci.

Na uroczystości rozpoczęciu roku jak zwykle najserdeczniej powitałam moje najmłodsze klasy, wśród których w tym roku mam bardzo dużo dzieci sześcioletnich. Witając, zapytałam kto ma 6 lat , a następnie kto z sześciolatków boi się szkoły, ponieważ w telewizji ciągle słyszę, że właśnie 6-cio letnie dzieci boją się szkoły. Żadne dziecko nie podniosło ręki, że boi się szkoły. Natomiast gdy to samo zrobiłam z rodzicami sześciolatków okazało się, że wśród nich znalazła się grupa rodziców, która przyznała się, że boi się szkoły, a raczej tego jak ich dzieci odnajdą się w szkole. Ta sytuacja doskonale obrazuje to, co obecnie dzieje się w sprawie tzw. obniżenia progu szkolnego.

Przemawiają do mnie argumenty mniejszego hałasu, większego bezpieczeństwa dzieci i bogatszego wyposażenia sal. Ale kiedy argumentem przetargowym są zbyt wysokie pisuary w szkole – to chciałabym postawić pytanie: w którym z domów rodzice zamontowali pisuary dla swoich chłopców tak aby swobodnie mogli oddać się czynności fizjologicznej. Jako mama zarówno chłopca jak i dziewczynki, nie instalowałam tego urządzenia w domu i nie widziałam u mojego syna oznak depresji spowodowanych tym faktem.

To co przemawia do mnie najbardziej, to potrzeba przygotowania do zmian w edukacji kadry pedagogicznej, bo z tym niestety jest dość duży kłopot. Po ukończeniu uczelni absolwenci mają bardzo ogólną wiedzę na temat swojego warsztatu pracy i obowiązków z nim związanych, bo wyjątkowo mało mówi się w programach o edukacji najmłodszych , a bardziej doświadczona kadra musi się przestawić bardzo szybko na mniejsze dzieci. Jeden rok to z jednej strony mało, ale z drugiej – przepaść – bo to jest właśnie czas np. na kształtowanie mięśni przedramienia potrzebnych do kształtnego pisania, wyrabianie uwagi i umiejętności dłuższego słuchania, przygotowanie do słuchania innych – chodzi mi również o grupę rówieśniczą.  To okres, w którym dziecko dowiaduje się , że nie do końca jest tak jak mu mówiono w domu, że  jest najładniejsze i najmądrzejsze  na świecie. W szkole zauważa, że inni mogą być lepsi. Dla niektórych dzieci to dość duże rozczarowanie, ale odpowiednio pokierowane zajęcia w postaci zabawy, w szybki sposób są w stanie osuszyć nie jedną łzę.

Jako dyrektor prywatnej szkoły z oddziałem przedszkolnym na co dzień spotykam się z pięciolatkami i sześciolatkami na terenie kierowanej przeze mnie placówki. Najwięcej jednak satysfakcji dały mi rozmowy z moimi sześcioletnimi uczniami. Po pierwsze zupełnie nie rozumiem histerii  dotyczącej włączenia sześciolatków do szkoły. To w większości lęk rodziców, a nie lęk dzieci. One są tak bardzo otwarte na to co nowe, że chętnie zamieniają ciche przedszkole na nieco głośniejsza szkołę. Po pierwszym dniu szkoły pozwoliłam sobie przeprowadzić małą sondę wśród moich sześcioletnich pierwszaków. Z niej też mogę wywnioskować, że:

– szkoła jest fajna ( myślę, że ma na to wpływ kameralność mojej placówki – u mnie nie ma również dzwonków – tak jak w przedszkolu)

– można się dużo nauczyć (dzieci lubią czuć się ważne  – cała rodzina mówi  – „O! Ty już chodzisz do szkoły” – dziecko czuje, że jest traktowane przez wielu dorosłych poważniej)

– w szkole ciągle się coś zmienia, wchodzą różni nauczyciele – to z pewnością przełamuje monotonię PRZEDSZKOLA, gdzie nad grupą ma opiekę w ciągu dnia jedna lub dwie panie. W szkole wchodzą na zajęcia oprócz nauczyciela wychowawcy specjaliści w postaci: lektorów, nauczyciela terapii pedagogicznej, nauczyciela informatyki, logopedy, wychowawcy świetlicy.

– wszystko jest takie „na poważnie” : wielkość ławek, krzeseł, mebli –  w szkole dziecko czuje, że jest na „wyższym” szczeblu – to co tak jest krytykowane w dyskusji przez dorosłych w oczach dziecka wygląda zupełnie inaczej.

Dzieci z natury chcą doświadczać ciągle czegoś nowego i otwarcie przyjmują to, co im się ofiarowuje z większą chęcią niż ludzie dorośli. Oglądając holenderskie 4-rolatki w szkole zastanawiałam się jaka histeria byłaby w naszym kraju gdyby takie rozwiązanie zostało u nas wprowadzone?

Najważniejsza jest inwestycja w człowieka, nie zawsze potrzebne są od razu dobrze wyposażone sale, dywany, a nawet podręczniki – kiedy jest dobrze przygotowany program, dobry nauczyciel  (jak często podkreślam dobry nauczyciel nauczy i na gazecie), który wie, jak zdiagnozować grupę i jakich form i metod użyć aby osiągnąć zamierzony cel. Na naszych uczelniach pedagogicznych zniknęło wiele przedmiotów, bez których trudno mi zrozumieć dobra edukację elementarną. Na przykład nauczanie muzyki – kiedy nauczyciele uczyli się grać i śpiewać z solferza, nie mówiąc o tańcach ludowych i integracyjnych. Nie widziałam również poza pustymi zapisami w programach wyższych uczelni, pracowni plastycznej z prawdziwego zdarzenia. Plastyka, podczas której poznawało się najciekawsze metody pracy z dziećmi oraz technika –podczas której oprócz umiejętności dobierania materiałów uczyli by się wykonywania różnych ciekawych majsterek zniknęła z wyższych uczelni. Z rozrzewnieniem wspominam czasy kiedy do szkoły przychodzili absolwenci studium nauczycielskiego.

To wszystko powoduje, że nawet najlepiej przygotowany pakiet z płytami i „wypychankami” plastycznymi (których osobiście nie lubię) nie zastąpi dobrze przygotowanego nauczyciela. Jednak gdyby twórcy reformy oświaty patrzyli na te kwestie myślę, że i rozpoczęcie nauki przez 7 latki byłoby zagrożone.

Nie rozumiem więc lamentu rodziców – przecież zawsze nawet w zreformowanej szkole, kiedy dziecko nie spełnia wymagań progu szkolnego można go odroczyć i pozostawić na drugi rok w przedszkolu. Z moich obserwacji poczynionych podczas przyjmowania dzieci do szkoły wynika, że  takie dzieci to 3-5% odsetek. Reszta świetnie sobie daje radę w szkole mając zajęcia dydaktyczne od 8.30 do 15.00. Dla mnie najpiękniejszym widokiem jest ten, kiedy rodzice starają się wyciągnąć dziecko ze szkoły prawie siłą – a ono chce jeszcze w niej zostać. Przestańmy straszyć już szkołą  sześciolatki i ich rodziców tylko zobaczmy co jeszcze można zmienić, aby było im w szkole lepiej.

PS

Wszystkich aktywnych rodziców sześciolatków i nauczycieli zapraszam do lektury książki Pedagogika planu daltońskiego – pomoże ona znaleźć wiele gotowych rozwiązań do pracy z tą grupa wiekową.

Możliwość komentowania artykułu jest dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników.