thumb image

Co się stało z matematyką w klasach I – III?

Kategoria: Artykuły różne

Ciągle zmieniające się podstawy programowe, programy i podręczniki mają zgubny wpływ na proces edukacyjny, jaki zachodzi w szkole. Szczególnie, jeśli chodzi o królową naszych nauk, jaką jest matematyka. Jako studentka miałam przyjemność zajęć z wspaniałym metodykiem – praktykiem edukacji początkowej, specjalistą z matematyki, który stale nam powtarzał, że królowa wymaga szczególnego zachodu. Na swojej drodze zawodowej spotkałam również wspaniałych matematyków, jakimi są Zbigniew Semadeni i Edyta Gruszczyk – Kolczyńska. Pomimo bardzo dobrych zajęć na uczelni sama szukałam ciekawych rozwiązań jeżdżąc na seminaria do Warszawy prowadzone przez wcześniej wymienionych specjalistów.

To, co zapadło mi głęboko w pamięci, szczególnie ze strony Edyty Gruszczyk – Kolczyńskiej, to działanie na konkretach, tworzenie sytuacji problemowej w warunkach otoczenia dziecka oraz przenoszenie problemów matematyczny na obraz tak, aby dziecko miało szansę zrozumieć omawiany problem.

W ciągu różnych reform najbardziej marginesowo była traktowana matematyka – choć wszyscy chórem twierdzili, że jest niezwykle istotna w procesie edukacji. Proponowane treści zaczęto integrować tematycznie, a z czasem sprowadzono je do poziomu przeliczania wykonanych prac plastycznych w temacie np. jesieni czy porównywania przedmiotów. Podręczniki zostały tak opracowane, że dziecko miało właściwie już napisane wszystko oprócz wyniku, na który pozostawiono pustą kratkę.

A gdzie analiza treści zadania, gier matematycznych, różnych form zapisu działań (tabelki funkcyjnej, grafu, drzewka), analizy problemu? Przez duży nacisk na integrację treści nauczania, którą również cenię we wprowadzaniu zagadnień z małymi dziećmi – ilość zajęć z edukacji matematycznej stopniowo się zmniejszała. Często zamiast zajęć matematycznych nauczyciele organizowali wycieczki, zajęcia artystyczne lub językowe – to prowadziło jedynie do zapoznawania uczniów z tematem bez jego systematycznego utrwalania wbrew spiralnej metodzie nauczania[1].

Nauczyciele nie zawsze mieli tyle szczęścia, co ja do wspaniałych mentorów z danego przedmiotu. Często spotykałam młodych nauczycieli, tych dopiero po studiach, bez umiejętności wymienienia mi aspektów liczby, a o sposobach ich wprowadzenia nawet nie wspomnę. Z badań przeprowadzanych ostatnio wśród nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej wynika, że „… znacząca grupa nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej wykazuje braki w elementarnej wiedzy matematycznej. Pomimo, że nauczyciele ci dość dobrze radzą sobie z typowymi, prostymi zadaniami matematycznymi, to stają się bezradni w sytuacji, gdy zadanie ma nietypową formę lub wymaga łączenia różnych elementów wiedzy. Niska rozwiązywalność zadań wymagających przeprowadzania pewnych rozumowań matematycznych lub uzasadniania wskazuje, że duża część nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej nie jest w pełni przygotowana do rozwiązywania zadań związanych z tworzeniem strategii lub rozumowaniem i potrzebuje wsparcia w tym zakresie” [2] Nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej przeważnie realizują się w edukacji artystycznej, środowiskowej lub językowej. Największą trudność sprawia im edukacja matematyczna, w której przeważnie nie czuli się dobrze.

Odkąd zaczęłam pracę, jako terapeuta zajęciowy zgłaszają się do mnie rodzice, których dzieci mają różne problemy w nauce. Ostatnio coraz częściej spotykam się z problemem związanym z mnożeniem i dzieleniem. Po rozmowach z rodzicami i z dziećmi, dochodzę do wniosku, że największym powodem problemu jest niezrozumienie przez dzieci pojęcia wielokrotności oraz mieszczenia. Pamiętam (może nie do końca dokładnie J) matematykę z czasów, kiedy ja chodziłam do szkoły – nikt nie zastanawiał się – czy ja zrozumiałam temat. Tabliczki mnożenia miałam się po prostu nauczyć na pamięć, tak jak i dzielenia. Nie zapomnę mojego taty, który szukał różnych sposobów, abym zapamiętała odpowiedni wynik do podanego mi działania. Ten, który zapadł w mojej pamięci to bujanie mnie na nodze – za każdym razem, kiedy wynik był prawidłowy mogłam doświadczyć miłego „bujnięcia”, kiedy się pomyliłam lądowałam na podłodze. No cóż, każdy sposób jest dobry, ale takie metody były stosowane czterdzieści lat temu.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że nauczyciel każe nauczyć się na początku roku w klasie drugiej, tabliczki mnożenia do 50 na pamięć, a kiedy już tego dzieci dokonają, to „on wyjaśni im, o co chodzi”. Niech ktoś wyjaśni mi sens i poprawność metodyczną takiej metody. Jak dziecko, które opanowało dodawanie i odejmowanie dopiero w zakresie 20 ma przyswoić mnożenie w zakresie 50? Czy za kilka tygodni będzie w stanie wyrecytować z pamięci oderwane od jakiegokolwiek konkretu czy (nie)podanej zasady działania? Kiedy mama jednego z uczniów, przekonywała nauczyciela o konieczności wcześniejszego wyjaśnienia tematu – ten zasłaniał się podstawą programową i metodyką nauczania w edukacji wczesnoszkolnej. No cóż, nie każdy zna zagadnienie tematu i często zaprzestaje na tym etapie dalszych kontaktów z nauczycielem. Po prostu szuka pomocy gdzie indziej lub co gorsza siada z dzieckiem i wbija mu do głowy treści, których dziecko nie rozumie. Niestety przypadek pana, o którym piszę nie jest odosobniony. A przecież główna zasada edukacji wczesnoszkolnej mówi o tym, że odpowiednio skonstruowane zajęcia dają nauczycielowi czas na zgłębienie realizowanych z dziećmi treści.

Zanim zaczniemy ćwiczyć pamięć i naukę tabliczki mnożenia jak łacińskich sentencji, przedstawmy dzieciom zasadę wielokrotności tych samych liczb, zapisu ich w postaci graficznej, na osi liczbowej, w postaci działania. Bawmy się liczmanami układając je w zbiory wg wskazań działań, w którym pierwszy czynnik mówi nam ile ma być tych zbiorów, a drugi czynnik po ile jest elementów w każdym zbiorze. U mnie na zajęciach bardzo dobrze sprawdzają się jednogroszówki i praca z małymi suchościeralnymi tablicami.

Zapis działania – iloczynu na grafie przedstawi w naturalny sposób działanie odwrotne, a zarazem sprawdzenie wykonanego wcześniej działania. Nie możemy przy tym zapomnieć o przypomnieniu prawa przemienności zarówno przy sumach jak i iloczynów liczb oraz rozdzielności mnożenia względem dodawania.

Jeżeli małe dziecko zrozumie zasadę obowiązującą podczas mnożenia to nawet, jeśli zapomni nauczone reguły, będzie sobie w stanie poradzić innymi sposobami. Obecnie na rynku jest również wiele gier[3], dzięki którym łatwiej i przyjemniej można wyćwiczyć zasady mnożenia – bawiąc się i stosując zasady zdrowej rywalizacji nie czujemy, że się uczymy. Ja osobiście  najbardziej lubię karty do gry, w talii każda z nich powtarza się cztery razy. To dobre na początek zabawy, talię zawsze można bowiem rozszerzyć. Jeżeli i wy macie jakieś sprawdzone zabawy utrwalające mnożenie i dzielenie zapraszam do dzielenia się nimi na stronie alter edukacji.

[1] Czesław Kupisiewicz

[2] IBE-raport-potrzeby-nauczycieli-edukacji-wczesnoszkolnej-i-matematyki.pdf

[3] http://annal.com.pl/index.php?p29,mnoze-i-dziele

http://www.matzoo.pl/klasa4/19

http://klasoteka.pl/category/dla-dzieci/matematyka/

Możliwość komentowania artykułu jest dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników.